Słowa, którymi określiłbym Kapitol to: barwność, dziwaczność, dostatek oraz głupota. Chyba dosłownie wszyscy ludzie są tu po przejściu wielu operacji plastycznych lub przynajmniej farbowaniu włosów czy piercingu. Każdy mieszkaniec ma na sobie wymyślne ubranie. Zastanawiam się, czy w takim czymś wogóle można się poruszać. Ze świecą szukać tutaj normalnych ludzi.
Jednak nie tylko ludzie są nienormalni. Równie dziwne są tu zwierzęta, budynki, ulice... Krócej mówiąc, całe miasto. Aż trudno uwierzyć, że ktoś kiedyś to wszystko wymyślił. Nawet nie chcę myśleć, ile pieniędzy wart jest cały Kapitol. Zaczynam coraz bardziej rozumieć to, co mówili dorośli w Szóstce, o tym, że nadmiar nie jest dobrą rzeczą.
Nim zdołałem się jednak lepiej zastanawiać nad Kapitolem, Strażnicy Pokoju (którzy najwidoczniej są nie tylko w dystryktach) zaprowadzili mnie do czegoś, co wyglądało jak luksusowy pojazd. Chyba jego nazwa to limuzyna. Dotąd widziałem taki tylko w telewizji, kiedy emitowali coś na żywo z Kapitolu.
Domyśliłem się, że wiozą mnie do Centrum Odnowy dla trybutów, tak, jak każdych innych zawodników co roku.
Ciekawe, czy po wyjściu z niego będę wyglądał jeszcze jak człowiek.
***
Wzdycham z ulgą, kiedy trójka kolorowych ludzi, będących moją ekipą przygotowawczą, wreszcie wychodzi z pomieszczenia, pozostawiając mnie samego. Przynajmniej pozwolili włożyć mi szlafrok, do czasu, aż przyprowadzą Dastię, moją stylistkę. Mam nadzieję, że jej wygląd będzie miał jakiś granice przyzwoitości, jak i strój, który zapewne juź mi dawno przygotowała na Paradę Trybutów.
- Cholera. - mówię głośno do samego siebie.
Centrum Odnowy na pewno nie jest miejscem, które chciałbym odwiedzić ponownie. Po wszystkich "zabiegach" którym poddała mnie moja ekipa przygotowawcza, czuję się tak, jakbym już został zabity na Igrzyskach. Ból, swędzenie, pieczenie na całym ciele wcale nie jest przyjemne.
Nagle drzwi do pokoju, w którym jestem się otwierają, a przez nie wkracza do środka kobieta, której wieku nie umiem dokładnie określić. Mimo wszystko mam wrażenie, że jest całkiem młoda.
- Jestem Dastia, twoja stylistka, jak zapewne się domyślasz. - mówi od razu głośnym, donośnym głosem, bez zbędnego przywitania.
Przyglądam się jej.
Nie wygląda aż tak strasznie źle. Ubrana jest w ciemnozłotą tunikę, (na szczęście nie błyszczącą) czarne legginsy i buty na obcasach znacznie mniejszych, niż te Flory. Jej kręcone blond włosy wyglądają na niefarbowane, a oczy o barwie czekolady również wydają mi się naturalne. Na twarzy dostrzegam makijaż.
Jednak tym co przyciąga wzrok w wyglądzie Dastii, jest duży tatuaż na jej ramieniu oraz kolczyki, które są nie tylko w uszach, ale i nosie, jednej z brwi i dolnej wardze.
- Zapewne jesteś ciekawy, jak wygląda twój strój na dzisiejszą Paradę - mówi Dastia, ignorując to, że się na nią gapię. Zapewne jako stylistka zdążyła do tego przywyknąć. - Zgodnie z tradycją, musi on być związany z twoim dystryktem.
Ciekawe, czy zauważyła, że na razie ani razu się do niej nie odezwałem. Mimo wszystko, postanawiam, że ignorowanie jej nie jest dobrym pomysłem. Poza tym ona, jako jedna z niewielu, na razie nie porównuje mnie do Claudine, a jako stylistka może mi bardzo pomóc w zdobyciu sponsorów.
- Jako stylistka Szóstki, masz zapewne dużo opcji do wykorzystania. - odzywam się do niej.
- Rzeczywiście, stylizowanie trybutów z Szóstego Dystryktu jest równe z dużą możliwością - potwierdza Dastia. - Dzięki temu, że wasz dystrykt nie ma dokładnej specjalizacji, można stworzyć wiele pomysłów. W Kapitolu jest to dużym plusem.
Dochodzę do wniosku, że Dastia jest całkiem miła, tylko trochę gadatliwa.
No i wygląda na zadowoloną tym, że jest stylistką Szóstki. Nasz dystrykt, mimo tego, że jest nieduży, jest na swój sposób dość wyjątkowy. Dostarcza do Kapitolu produkty plastyczne jak i muzyczne, takie jak farby, obrazy, instrumenty, płyty z muzyką. Dystrykt Szósty jest znany powszechnie również jako dystrykt artystyczny.
- W tym roku postanowiłam się skupić bardziej na muzyce, ale z przedstawieniem jej w wersji plastycznej - tłumaczy Dastia. - Sam zobaczysz! - dodaje widząc moją minę.
***
Muszę przyznać, że Dastia się postarała.
Nie licząc zwyczajnych czrnych skórzanych butów i spodni, cała reszta mojego stroju w postacie długiej marynarki jest wykonana z paru delikatnych, prześwitujących materiałów w różnych odcieniach fioletu. Nie wiem, jakim cudem, ale na tych cienkich tkaninach zostały namalowane wyraźne, srebrne nuty, pięciolinie i klucze. Do tego marynarka jest w wielu miejscach z dodatkiem brokatu, co niezbyt mi się podoba, ale trudno.
W sumie, czuję się tak, jakbym ubrał ozdobną, cienką kartkę z zapisanymi nutami. Ciekawe, jak wygląda Claudine. Właściwie, to nie mam pojęcia, gdzie się ona podziała.
Stoję obok rydwanu Szóstego Dystryktu czekając na całą resztę. Byłoby miło, gdyby raczyli nie przychodzić na ostatnią chwilę. Dastia tylko mi powiedziała jak tu dotrzeć, a potem pognała po jakiegoś Sommedre'a. Domyślam się, że to stylista Claudine.
Rozglądam się. Reszta trybutów wygląda na już gotowych do wyjazdu. Przygryzam wargę i odwracam wzrok na kasztanowe konie ciągnące nasz rydwan.
- Hej! Trzeba już wejść na rydwan! - ktoś niespodziewanie klepie mnie w ramię,
Odwracam się gwałtownie, prawie wpadając na Claudine. Albo kogoś bardzo do niej podobnego.
Dziewczyna ma wyraziste zielone oczy, rudoczerwone włosy, spadające gęstymi lokami na ramiona i jasną, kontrastującą cerę z piegami na policzkach. Na sobie zaś zwiewną, lekko prześwitującą, fioletową suknię w srebrne nuty, bardzo podobną do mojej marynarki. Świetnie to na niej wygląda.
- No dobra, dosyć tego gapienia, zaraz rozpocznie się Parada, więc z łaski swojej rusz się!
Nie ma wątpliwości, zwyczajna Claudine, czy też upiększona Claudine, zachowuje się tak samo.
Kiedy już stoję w rydwanie, znów się rozglądam. Nigdzie nie dostrzegam Dastii, Flory czy Jamesa.
- Claudine, wiesz może gdzie się podziała reszta? - pytam dziewczyny.
Na jej twarzy pojawia się tak denerwujący mnie chytry uśmiech, tylko tym razem bardziej wesoły.
- Nie mam pojęcia.
Z pewnością kłamie.
- A tak na serio?
- Już ci mówiłam: nie mam pojęcia. Chociaż zgaduję, że muszą świetnie się teraz bawić...
- Eee? Jaśniej proszę. - co też ona znów kombinuje?!
- Po prostu, krótko mówiąc... zwiałam im. - mówi i uśmiecha się jeszcze szerzej.
Tego się raczej nie spodziewałem.
- Strasznie mnie wkurzali - wyjaśnia Claudine. - Sommedre, Flora, ekipa przygotowawcza i jeszcze twoja stylistka ciągle coś poprawiała przy mojej sukni i kłóciła się nad ułożeniem materiału bardziej w prawo czy w lewo i innymi nieistotnymi szczegółami, więc w końcu szlag mnie trafił i wymknęłam się im kiedy byli zbyt zajęci kłóceniem się.
O cholera. Ją naprawdę stać na wszystko.
- Poza tym, gdybym sobie nie poszła, ten rydwan nigdy by nie wyjechał na rynek. - dodaje.
- Po raz pierwszy, na na serio podziwiam. - mówię szczerze. Gdyby mnie spotkał taki los, to nie wiem, co bym zrobił.
Claudine się śmieje.
- Teraz muszą być mocno zdenerwowani. Mają bardzo ciekawe zajęcie, gdyż zapewne szukają mnie.
Uśmiecham się, po czym słyszę potężny huk. Właśnie rozpczęła się Parada Trybutów Trzydziestych Siódmych Głodowych Igrzysk.
Zaraz...
Rydwan z trybutami z Pierwszego Dystryktu odzianymi w piękne, diamentowe stroje wyjeżdża na rynek, a wraz z ich pojawieniem, pojawia się również głośny wiwat publiczności.
Czy ja właśnie uśmiechnąłem się do Claudine?!
Dystrykt Drugi również już odjechał.
Chyba zaczynam wariować! Gawędzę sobie wesoło z wredną Claudine, pewnie myślącej w wolnych chwilach, jak najlepiej mnie zabić!
Trójka i Czwórka jest już na rynku. Dystrykt Piąty szykuje się do wyjazdu.
Nagle sobie uświadomiłem, że nie mam zielonego pojęcia, co robić. James nie raczył się zjawić i mi powiedzieć.
- Jak my mamy się zachowywać na tym rydwanie? - pytam Claudine.
- James najwyraźniej zostawił nam tą decyzję samym. Osobno. - odpowiada mi słodko i dobitnie Claudine.
Nie zdążam jej odpowiedzieć, co o niej myśłę, kiedy pojazd nagle rusza do przodu. Oczy chwilowo mi ślepną od światła reflektorów i flashy. Uszy wypełnia ryk setki Kapitolińczyków. Otrząsam głową i z niedowierzaniem wpatruję się w ogromne trybuny i resztę rydwanów.
Patrzę w bok. Claudine uśmiecha się do kapitolińczyków, zarazem miło, jak i wyzywająco. Tłumowi najwyraźniej się to podoba, jak i nasze stroje, bo niektórzy ludzie zaczęłi wznosić okrzyki dla Szóstego Dystryktu. Postanawiam pójść w ślady Claudine i również się uśmiecham, zapewne z gorszym skutkiem.
Kapitolińczycy cały czas wrzeszczą, a komentatorzy nie przestają opisywać wyglądu, strojów i zachowań trybutów. W zapewne całym Kapitolu słychać dźwięki hymnu.
Wszystko to wydaje trwać się w niedługiej chwili. Teraz wszystkie rydwany zatrzymują się przed pałacem prezydenckim, gdzie prezydent Weathes wygłasza przemówienie i życzy wszystkim trybutom szczęśliwych Głodowych Igrzysk.
Po zakończeniu mowy prezydenta, rydwany jadą do Ośrodka Szkoleniowego. Oddycham z ulgą, że to już koniec. Uśmiechanie się do wypacykowanych ludzi jest naprawdę... trudne. Szczególnie, jeśli ma się świadomość, że będę musiał walczyć na śmierć i życie (przy czym prawdopodobnie zginąć) dla ich zabawy.
- Dzięki za pomoc. - mówię sarkastycznie do Claudine.
Spogląda na mnie tak, jakbym jej właśnie opowiedział świetny żart.
- Jade, ja przecież tu nie jestem po to, żeby ci pomagać - zbliża usta do mojego ucha. - tylko po to, aby cię zabić. - dodaje tak lodowatym szeptem, od którego chyba nawet zawodowcy dostaliby gęsiej skórki.
Potem, jak gdyby nigdy nic, zeskakuje z rydwanu i idzie w kierunku wind, jak inni trybuci.
Za to ja nie mogę się zmusić choćby do zrobienia jednego kroku. W niej... jest coś przerażającego... Jej głos zabrzmiał w tamtej chwili tak, jakby wogóle nie miała uczuć.
Ona chce cię tylko nastraszyć! - upominam się w myślach.
Wymierzam sobie sam mocny policzek, aby się ogarnąć, po czym schodzę z rydwanu i podążam za Claudine.
_________________________________________________
Przepraszam wszystkich, którzy czytają mojego bloga, że tak długo musieli czekać na kolejny rozdział. Postaram się kolejny napisać szybciej :-)
W mroku Głodowych Igrzysk
piątek, 27 czerwca 2014
sobota, 15 marca 2014
Rozdział 2
Rozdział 2
Leżę w łóżku w moim przedziale, bezskutecznie próbując zasnąć. Na szczęście, moja ręka już mnie nie boli. Flora Kaghi zaprowadziła mnie do pielęgniarki, która szybko opatrzyła mi dłoń i usunęła z niej kawałki szkła. Do tego spryskała rany nieznanym mi płynem ze szklanej butelki, który sprawił, że całe pieczenie wyparowało. Zapewne jakiś kapitoliński lek.
Delikatnie ruszam ręką, po czym lekko się krzywię. Skaleczenia zagoją się jutro wieczorem, nie przyśpieszę tego, choć lek z butelki na pewno już to zrobił. Bez niego musiałbym czekać przynajmniej dwa razy dłużej.
Wzdycham. Nienawidzę bezsennych nocy. Do tego Claudine Trix ma lepszy start niż ja. Kiedy ja byłem u pielęgniarki, ona poznawała mentorów przy kolacji, mogąc im mówić co chce. Teraz będą pewnie chcieli pomóc jej, a nie mi.
Wczoraj skłamałem Claudine. Wcale nie zamierzałem przegrać. Chciałem przeżyć i wrócić do domu, do mojej rodziny. Do Law.
Rodzice...
Teraz wydają mi się tak odlegli. Przyszli się ze mną pożegnać, prosili, bym postarał się wrócić. Tak, kocham moich rodziców, ale spędzaliśmy ze sobą mało czasu, bo niemal przez cały dzień są w pracy, jak większość dorosłych w Szóstce.
A Lauretta... Chciałbym wiedzieć, co o mnie myśli. W końcu wie, co do niej czuję...
Tak, wreszcie to zrobiłem. Odważyłem się jej to powiedzieć, kiedy przyszła się ze mną pożegnać. W głowie szumią mi jej słowa. Nigdy nie zdołam ci spłacić tego długu. Właśnie po nich powiedziałem jej, że ją kocham. Była zaskoczona.
Wtedy wparował do pokoju ten przeklęty strażnik, marudząc, że czas już upłynął. Wyprowadził Law siłą. Nie zdążyła mi odpowiedzieć.
***
Z niespokojnego snu budzi mnie radosny okrzyk Flory oznajmiającej kolejny bardzo wyjątkowy dzień na cały pociąg. Staczam się z łóżka i idę wziąć prysznic. W domu mamy tylko niedużą wannę, za to ten prysznic jest wyposażony w tablicę z setką przycisków. Mam do wyboru niewiarygodną ilość mydeł, szamponów i gąbek chyba każdego możliwego rodzaju.
Idę na śniadanie dopiero po długim czasie, gdyż długo nie mogłem się zdecydować które luksusy kapitolińskich prysznicy mam wybrać. Przychodzę do stołu ostatni. Dostrzegam trajkotającą Florę, Claudine oraz nieznanych mi kobietę i mężczyznę. Zapewne są oni naszymi mentorami.
Kobieta o pustym spojrzeniu ma matowe blond w wielkim nieładzie. Jest strasznie chuda, cała się trzęsie. Pewnie jest po czterdziestce. Zauważam w jej drżącej ręce przezroczyste kapsułki. Morfalina. W Szóstce zawsze jest jej pod dostatkiem, ale jest strasznie droga. Blondynka z trudem wsuwa narkotyk do ust.
Odwracam od niej wzrok. Dlaczego akurat nasza mentorka musi być narkomnaką?! Spoglądam z nadzieją na mężczyznę. Może on przynajmniej ma kontakt z rzeczywistością. Nim zdążam się mu dokładniej przyjrzeć, przerywa mi podniecony pisk Flory.
- Ach, Jade, a to są tegoroczni mentorzy! Veelya Creetcke - wskazuje na kobietę - oraz James Thovaim. Szkoda, że nie było cię na kolacji! Mógłbyś wtedy ich lepiej poznać!
Po prostu świetnie. Claudine przez całą wczorajszą kolację mogła ich przekonać, aby to jej pomagali, a nie mi. A przynajmniej bardziej pomagali, niż mi.
Wreszcie udaje mi się spojrzeć na Jamesa. Jest całkiem młody, jak na mentora, ponieważ wygląda mi na jakieś dwadzieści pięć lat. Ma lekko opaloną cerę i krótkie, ciemne włosy. Jego ramiona są umięśnione, a usta wykrzywione w lekko kpiącym uśmiechu, podobnym do tego, Claudine. Zapewne jest tak samo wkurzający jak ona.
Kiedy kończymy jeść śniadanie Flora od razu idzie do innego przedziału, zapewne zrobić sobie makijaż. Veelya również opuszcza stół. Zostaliśmy tylko ja, Claudine i James. Niezręczną ciszę przerywa James.
- Claudine, wczoraj jak oglądaliśmy pozostałe dożynki po kolacji zauważyłaś paru interesujących trybutów. Chyba możemu powiedzieć twojemu koledze - zaśmiał się lekko - o nich.
Claudine przytakuje. Cóż, na razie przydałoby się w miarę wspólnie zebrać informacje o poazostałych zawodnikach.
James podchodzi do telewizora i puszcza powtórkę wczorajszych dożynek. Staram się uważnie przypatrywać każdemu z zawodników.
Tegoroczni zawodowcy prezentują się naprawdę groźnie. Chłopak i dziewczyna z Pierwszego Dystryktu wyglądają na siedemnastolatków, oboje są wysocy, mają przebiegłe miny na twarzach. Trybuci z Dwójki - blondwłosa szesnastolatka z piegami na policzkach i zimnych, szarych oczach oraz wielki umięśniony chłopak z ciemnobrązowymi włosami. Para z Czwórki jest nieco do siebie podobna, ale nie jest to rodzeństwo.
Reprezentanci Trzeciego Dystryktu są niezbyt godni większej uwagi. Typowa dwójka przerażonych dzieciaków. Trybuci z Piątki prezentują się niewiele lepiej, chociaż dziewczyna postanawia widocznie wziąć się w garść. Zawodnicy z Siódemki się nie wyróżniają, ale nie zdziwiłbym się, gdyby któreś z nich okazało się trudnym przeciwnikiem. Za to dziewczyna z Ósemki zaczęła płakać, kiedy ją wylosowali. Uczestnicy z Dziewiątki wyglądają na twardych i zdecydowanych. Chłopak z Dziesiątego Dystryktu stara się zachować kamienną twarz, ale niezbyt mu to wychodzi. Podobnie jak mała dwunastolatka z Dziesiątki, starająca się dzielnie nie szlochać. Niestety, dziewczynka nie potrafi ukryć wielkiego smutku na swojej twarzy. Trybuci z Jedenastki i Dwunastki wyglądają na słabych i wygłodzonych, przez co mam niemal pewność, że zginą na początku.
- No, to wszyscy wasi przeciwnicy. - mówi James - A teraz powiedzcie mi, którzy z nich, nie licząc zawodowców, wyglądają na mocnych zawodników?
- Trybuci z Dziewiątki - odpowiadam od razu.
- Tak, racja. Niemal na każdych Igrzyskach trafiają się jacyś twardziele. - mentor wskazuje wzrokiem Claudine.
- Dziewczyna z Siódemki, chłopak z Ósemki. - odzywa się Claudine.
Gapię się na Claudine. Trybuci, których wymieniła nie wyróżnili się podczas dożynek. Czyżby umiała poznać ludzi swojego typu, bez większej wiedzy o nich?
- Słusznie. - przyznaje James - A teraz pomyślcie. Jeśli chcecie przeżyć, to co należy zrobić z takimi osobnikami? Chyba macie tyle oleju w głowie, aby nie liczyć, że każdego zabiją zawodowcy? Często tacy zawodnicy okazują się silniejszy niż niejeden z nich.
To, co nam mówi, jest niby oczywiste, a jednocześnie ma w sobie coś takiego, co sprawia, jakby nam to dopiero uświadomił.
- Jak pewnie się domyślacie - ciągnął James - należy ich jak najszybciej wyeliminować, zwiewać przed nimi, albo zawrzeć sojusz. Zwiewać przed kimś? Żałosne. To Głodowe Igrzyska. Nie da się wiecznie uciekać. Musicie naprawdę szczerze ocenić swoje siły. Jeśli nie jesteście pewni, czy dalibyście sobie radę z takim zawodnikiem, lepiej nie ryzykować. Trzeba pamiętać, że on może mieć swoich sojuszników, albo przygotowaną pułapkę. Gdyby któreś z was próbowało takiego mimo wszystko zabić, to musicie swój atak poprzedzić szpiegowaniem tej osoby. Dajmy na to, że któreś z was pokonałoby dziewczynę z Dziewiątki, ale nawet w kwestii wygranej to raczej niemożliwe, aby nie otrzymać poważnej rany podczas takiego pojedynku. Wtedy może was wykończyć sojusznik waszego wroga. A, Claudine, podziwiam twoją cierpliwość. W końcu musiałaś już wczoraj słuchać mojego monologu.
- Nie będę przed tobą ukrywać, James. Jak dla mnie możesz sobie ględzić do woli, byleby to przyniosło skutek. - dziewczyna uśmiecha się do niego bezczelnie, a ten unosi kciuk do góry i kiwa z zadowoleniem głową. Później jego wzrok wędruje w moją stronę.
- Widzisz, Jade. Dowiedziałem się wczoraj nieco o twojej koleżance. I widzę, że ma szanse na wygraną. Powiedziała mi też trochę o tobie.
Spuszczam wzrok na podłogę, lekko zawstydzony, mamrocząc, że to nie jego sprawa. James wzdycha.
- Widzisz, jedną z cech możliwości wygrania Claudine jest zaufanie wobec mentora. Tobie, jak widać, takiego brak.
- Nie zapytałeś mnie o nic, prócz tego, co sądzę o trybutach. - mówię nieco zirytowany.
- Dlaczego miałbym się ciebie o wszystko pytać, skoro rozmowa z tobą nie jest ciekawa. - odparowuje James - Ani przyjemna.
Przeklęta Claudine. Przeklęty James. Przeklęte dożynki. Jak mam wrócić do domu, skoro większość moich rywali jest silna, trybutka z mojego własnego dystryktu traktuje mnie jak śmiecia i jest do tego chytra, a mój mentor jest trochę do niej podobny i zdecydowanie to jej będzie bardziej skory do pomocy.
- Z drugiej strony - ciągnie James - gdybyś nie miał jakiej kolwiek szansy na zwycięstwo nie mówiłbym ci choćby tego, jak nie reagować na przeciwników. Masz odpowiednią ilość lat, siły i jak się domyślam, nieco zdolności, aby zwycięstwo było w twoim zasięgu. Jednak twoje wady odsuwają je. Impulsywność, brak celności, szybka możliwość poddania się, a przede wszystkim przewidywalność. Nikomu nie musisz mówić, dlaczego zgłosiłeś się na Igrzyska. To prawie oczywiste.
Nie wiem co sądzić o tej gadce. Claudine spogląda na mnie z wyższością. Już dawno mnie rozszyfrowała. A ja głupi myślałem, że chce zdobyć informacje na temat mojego zgłoszenia. Chciałem, a nawet myślałem, że będzie się mnie chociaż obawiać z tego powodu.
- Och, daj spokój. - mówi nagle do mnie. - Nie mogę uwierzyć, że choć przez chwilę myślałeś, że inni mogą się nabrać jaki z ciebie przeciwnik. - mruży oczy - Wystarczy tylko obejrzeć nagranie z dożynek.
Posyłam jej wyzywające spojrzenie. Niech sobie mówi co chce. Nie jestem słaby i przewidywalny.
Dziewczyna prycha.
- Dobra, może wytłumaczę ci to powoli. Kiedy został wylosowany ten dzieciak, ta dziewczyna od razu podbiegła, aby nawrzeszczeć na Florę. Działała pod wpływem impulsu. Gdybyś chciał się zgłosić, ponieważ byłbyś taki świetny, to byś to zrobił najprawdopodobniej przed wylosowaniem chłopca. Nie zgłosiłeś się również dla niego. Nie jesteś z nim nijak spokrewniony, widać to po twoim wyglądzie i zachowaniu w tamtej chwili. Gdybyś był bratem malucha, to byś podbiegł do niego razem z dziewczyną, która zdecydowanie jest z nim blisko spokrewniona. Z tego wynika, że zgłosiłeś się ze względu na dziewczynę. Wtedy, kiedy była na krawędzi rozpaczy. Przyjaciółka? Dziewczyna? Jest kimś dla ciebie ważnym, skoro nie chciałeś widzieć jej cierpienia do tego stopnia, że zgłosiłeś się na prawdopodobną śmierć.
Po raz kolejny muszę przyznać, że jest sprytna. A może każdy to widział? Czyżbym był aż tak przewidywalny?
- Widzisz - odzywa się James - Twoja koleżanka bardzo dobrze to ujęła. Musisz jednak zwrócić na coś uwagę. A raczej zadać sobie pytanie, dlaczego, jeśli byłbyś zerowym przeciwniiem, ktoś zawraca sobie tobą głowę.
Posyła Claudine lekko złośliwy uśmieszek. Dlaczego oni ciągle muszą się tak uśmiechać?! Doprowadzą mnie tym do obłędu!
- No widzisz. Nie jesteś kimś, kto nie ma szans. A Claudine zdaje sobie z tego sprawę - stwierdza James - Tym samym znaczy, że nie uważa cię za kogoś, kogo można sobie zlekceważyć. Czyli, docenia cię, a przynajmniej w pewnym sensie.
Czuję się zaszczycony! Claudine raczy mnie docenić! Mam zamiar się odgryźć, że wcale nie musi mnie doceniać, chyba, że chce skończyć z nożem w plecach, kiedy do przedziału wbiega podniecona Flora. Po raz kolejny mi przerywa.
- Och! - piszczy - To już Kapitol!
Leżę w łóżku w moim przedziale, bezskutecznie próbując zasnąć. Na szczęście, moja ręka już mnie nie boli. Flora Kaghi zaprowadziła mnie do pielęgniarki, która szybko opatrzyła mi dłoń i usunęła z niej kawałki szkła. Do tego spryskała rany nieznanym mi płynem ze szklanej butelki, który sprawił, że całe pieczenie wyparowało. Zapewne jakiś kapitoliński lek.
Delikatnie ruszam ręką, po czym lekko się krzywię. Skaleczenia zagoją się jutro wieczorem, nie przyśpieszę tego, choć lek z butelki na pewno już to zrobił. Bez niego musiałbym czekać przynajmniej dwa razy dłużej.
Wzdycham. Nienawidzę bezsennych nocy. Do tego Claudine Trix ma lepszy start niż ja. Kiedy ja byłem u pielęgniarki, ona poznawała mentorów przy kolacji, mogąc im mówić co chce. Teraz będą pewnie chcieli pomóc jej, a nie mi.
Wczoraj skłamałem Claudine. Wcale nie zamierzałem przegrać. Chciałem przeżyć i wrócić do domu, do mojej rodziny. Do Law.
Rodzice...
Teraz wydają mi się tak odlegli. Przyszli się ze mną pożegnać, prosili, bym postarał się wrócić. Tak, kocham moich rodziców, ale spędzaliśmy ze sobą mało czasu, bo niemal przez cały dzień są w pracy, jak większość dorosłych w Szóstce.
A Lauretta... Chciałbym wiedzieć, co o mnie myśli. W końcu wie, co do niej czuję...
Tak, wreszcie to zrobiłem. Odważyłem się jej to powiedzieć, kiedy przyszła się ze mną pożegnać. W głowie szumią mi jej słowa. Nigdy nie zdołam ci spłacić tego długu. Właśnie po nich powiedziałem jej, że ją kocham. Była zaskoczona.
Wtedy wparował do pokoju ten przeklęty strażnik, marudząc, że czas już upłynął. Wyprowadził Law siłą. Nie zdążyła mi odpowiedzieć.
***
Z niespokojnego snu budzi mnie radosny okrzyk Flory oznajmiającej kolejny bardzo wyjątkowy dzień na cały pociąg. Staczam się z łóżka i idę wziąć prysznic. W domu mamy tylko niedużą wannę, za to ten prysznic jest wyposażony w tablicę z setką przycisków. Mam do wyboru niewiarygodną ilość mydeł, szamponów i gąbek chyba każdego możliwego rodzaju.
Idę na śniadanie dopiero po długim czasie, gdyż długo nie mogłem się zdecydować które luksusy kapitolińskich prysznicy mam wybrać. Przychodzę do stołu ostatni. Dostrzegam trajkotającą Florę, Claudine oraz nieznanych mi kobietę i mężczyznę. Zapewne są oni naszymi mentorami.
Kobieta o pustym spojrzeniu ma matowe blond w wielkim nieładzie. Jest strasznie chuda, cała się trzęsie. Pewnie jest po czterdziestce. Zauważam w jej drżącej ręce przezroczyste kapsułki. Morfalina. W Szóstce zawsze jest jej pod dostatkiem, ale jest strasznie droga. Blondynka z trudem wsuwa narkotyk do ust.
Odwracam od niej wzrok. Dlaczego akurat nasza mentorka musi być narkomnaką?! Spoglądam z nadzieją na mężczyznę. Może on przynajmniej ma kontakt z rzeczywistością. Nim zdążam się mu dokładniej przyjrzeć, przerywa mi podniecony pisk Flory.
- Ach, Jade, a to są tegoroczni mentorzy! Veelya Creetcke - wskazuje na kobietę - oraz James Thovaim. Szkoda, że nie było cię na kolacji! Mógłbyś wtedy ich lepiej poznać!
Po prostu świetnie. Claudine przez całą wczorajszą kolację mogła ich przekonać, aby to jej pomagali, a nie mi. A przynajmniej bardziej pomagali, niż mi.
Wreszcie udaje mi się spojrzeć na Jamesa. Jest całkiem młody, jak na mentora, ponieważ wygląda mi na jakieś dwadzieści pięć lat. Ma lekko opaloną cerę i krótkie, ciemne włosy. Jego ramiona są umięśnione, a usta wykrzywione w lekko kpiącym uśmiechu, podobnym do tego, Claudine. Zapewne jest tak samo wkurzający jak ona.
Kiedy kończymy jeść śniadanie Flora od razu idzie do innego przedziału, zapewne zrobić sobie makijaż. Veelya również opuszcza stół. Zostaliśmy tylko ja, Claudine i James. Niezręczną ciszę przerywa James.
- Claudine, wczoraj jak oglądaliśmy pozostałe dożynki po kolacji zauważyłaś paru interesujących trybutów. Chyba możemu powiedzieć twojemu koledze - zaśmiał się lekko - o nich.
Claudine przytakuje. Cóż, na razie przydałoby się w miarę wspólnie zebrać informacje o poazostałych zawodnikach.
James podchodzi do telewizora i puszcza powtórkę wczorajszych dożynek. Staram się uważnie przypatrywać każdemu z zawodników.
Tegoroczni zawodowcy prezentują się naprawdę groźnie. Chłopak i dziewczyna z Pierwszego Dystryktu wyglądają na siedemnastolatków, oboje są wysocy, mają przebiegłe miny na twarzach. Trybuci z Dwójki - blondwłosa szesnastolatka z piegami na policzkach i zimnych, szarych oczach oraz wielki umięśniony chłopak z ciemnobrązowymi włosami. Para z Czwórki jest nieco do siebie podobna, ale nie jest to rodzeństwo.
Reprezentanci Trzeciego Dystryktu są niezbyt godni większej uwagi. Typowa dwójka przerażonych dzieciaków. Trybuci z Piątki prezentują się niewiele lepiej, chociaż dziewczyna postanawia widocznie wziąć się w garść. Zawodnicy z Siódemki się nie wyróżniają, ale nie zdziwiłbym się, gdyby któreś z nich okazało się trudnym przeciwnikiem. Za to dziewczyna z Ósemki zaczęła płakać, kiedy ją wylosowali. Uczestnicy z Dziewiątki wyglądają na twardych i zdecydowanych. Chłopak z Dziesiątego Dystryktu stara się zachować kamienną twarz, ale niezbyt mu to wychodzi. Podobnie jak mała dwunastolatka z Dziesiątki, starająca się dzielnie nie szlochać. Niestety, dziewczynka nie potrafi ukryć wielkiego smutku na swojej twarzy. Trybuci z Jedenastki i Dwunastki wyglądają na słabych i wygłodzonych, przez co mam niemal pewność, że zginą na początku.
- No, to wszyscy wasi przeciwnicy. - mówi James - A teraz powiedzcie mi, którzy z nich, nie licząc zawodowców, wyglądają na mocnych zawodników?
- Trybuci z Dziewiątki - odpowiadam od razu.
- Tak, racja. Niemal na każdych Igrzyskach trafiają się jacyś twardziele. - mentor wskazuje wzrokiem Claudine.
- Dziewczyna z Siódemki, chłopak z Ósemki. - odzywa się Claudine.
Gapię się na Claudine. Trybuci, których wymieniła nie wyróżnili się podczas dożynek. Czyżby umiała poznać ludzi swojego typu, bez większej wiedzy o nich?
- Słusznie. - przyznaje James - A teraz pomyślcie. Jeśli chcecie przeżyć, to co należy zrobić z takimi osobnikami? Chyba macie tyle oleju w głowie, aby nie liczyć, że każdego zabiją zawodowcy? Często tacy zawodnicy okazują się silniejszy niż niejeden z nich.
To, co nam mówi, jest niby oczywiste, a jednocześnie ma w sobie coś takiego, co sprawia, jakby nam to dopiero uświadomił.
- Jak pewnie się domyślacie - ciągnął James - należy ich jak najszybciej wyeliminować, zwiewać przed nimi, albo zawrzeć sojusz. Zwiewać przed kimś? Żałosne. To Głodowe Igrzyska. Nie da się wiecznie uciekać. Musicie naprawdę szczerze ocenić swoje siły. Jeśli nie jesteście pewni, czy dalibyście sobie radę z takim zawodnikiem, lepiej nie ryzykować. Trzeba pamiętać, że on może mieć swoich sojuszników, albo przygotowaną pułapkę. Gdyby któreś z was próbowało takiego mimo wszystko zabić, to musicie swój atak poprzedzić szpiegowaniem tej osoby. Dajmy na to, że któreś z was pokonałoby dziewczynę z Dziewiątki, ale nawet w kwestii wygranej to raczej niemożliwe, aby nie otrzymać poważnej rany podczas takiego pojedynku. Wtedy może was wykończyć sojusznik waszego wroga. A, Claudine, podziwiam twoją cierpliwość. W końcu musiałaś już wczoraj słuchać mojego monologu.
- Nie będę przed tobą ukrywać, James. Jak dla mnie możesz sobie ględzić do woli, byleby to przyniosło skutek. - dziewczyna uśmiecha się do niego bezczelnie, a ten unosi kciuk do góry i kiwa z zadowoleniem głową. Później jego wzrok wędruje w moją stronę.
- Widzisz, Jade. Dowiedziałem się wczoraj nieco o twojej koleżance. I widzę, że ma szanse na wygraną. Powiedziała mi też trochę o tobie.
Spuszczam wzrok na podłogę, lekko zawstydzony, mamrocząc, że to nie jego sprawa. James wzdycha.
- Widzisz, jedną z cech możliwości wygrania Claudine jest zaufanie wobec mentora. Tobie, jak widać, takiego brak.
- Nie zapytałeś mnie o nic, prócz tego, co sądzę o trybutach. - mówię nieco zirytowany.
- Dlaczego miałbym się ciebie o wszystko pytać, skoro rozmowa z tobą nie jest ciekawa. - odparowuje James - Ani przyjemna.
Przeklęta Claudine. Przeklęty James. Przeklęte dożynki. Jak mam wrócić do domu, skoro większość moich rywali jest silna, trybutka z mojego własnego dystryktu traktuje mnie jak śmiecia i jest do tego chytra, a mój mentor jest trochę do niej podobny i zdecydowanie to jej będzie bardziej skory do pomocy.
- Z drugiej strony - ciągnie James - gdybyś nie miał jakiej kolwiek szansy na zwycięstwo nie mówiłbym ci choćby tego, jak nie reagować na przeciwników. Masz odpowiednią ilość lat, siły i jak się domyślam, nieco zdolności, aby zwycięstwo było w twoim zasięgu. Jednak twoje wady odsuwają je. Impulsywność, brak celności, szybka możliwość poddania się, a przede wszystkim przewidywalność. Nikomu nie musisz mówić, dlaczego zgłosiłeś się na Igrzyska. To prawie oczywiste.
Nie wiem co sądzić o tej gadce. Claudine spogląda na mnie z wyższością. Już dawno mnie rozszyfrowała. A ja głupi myślałem, że chce zdobyć informacje na temat mojego zgłoszenia. Chciałem, a nawet myślałem, że będzie się mnie chociaż obawiać z tego powodu.
- Och, daj spokój. - mówi nagle do mnie. - Nie mogę uwierzyć, że choć przez chwilę myślałeś, że inni mogą się nabrać jaki z ciebie przeciwnik. - mruży oczy - Wystarczy tylko obejrzeć nagranie z dożynek.
Posyłam jej wyzywające spojrzenie. Niech sobie mówi co chce. Nie jestem słaby i przewidywalny.
Dziewczyna prycha.
- Dobra, może wytłumaczę ci to powoli. Kiedy został wylosowany ten dzieciak, ta dziewczyna od razu podbiegła, aby nawrzeszczeć na Florę. Działała pod wpływem impulsu. Gdybyś chciał się zgłosić, ponieważ byłbyś taki świetny, to byś to zrobił najprawdopodobniej przed wylosowaniem chłopca. Nie zgłosiłeś się również dla niego. Nie jesteś z nim nijak spokrewniony, widać to po twoim wyglądzie i zachowaniu w tamtej chwili. Gdybyś był bratem malucha, to byś podbiegł do niego razem z dziewczyną, która zdecydowanie jest z nim blisko spokrewniona. Z tego wynika, że zgłosiłeś się ze względu na dziewczynę. Wtedy, kiedy była na krawędzi rozpaczy. Przyjaciółka? Dziewczyna? Jest kimś dla ciebie ważnym, skoro nie chciałeś widzieć jej cierpienia do tego stopnia, że zgłosiłeś się na prawdopodobną śmierć.
Po raz kolejny muszę przyznać, że jest sprytna. A może każdy to widział? Czyżbym był aż tak przewidywalny?
- Widzisz - odzywa się James - Twoja koleżanka bardzo dobrze to ujęła. Musisz jednak zwrócić na coś uwagę. A raczej zadać sobie pytanie, dlaczego, jeśli byłbyś zerowym przeciwniiem, ktoś zawraca sobie tobą głowę.
Posyła Claudine lekko złośliwy uśmieszek. Dlaczego oni ciągle muszą się tak uśmiechać?! Doprowadzą mnie tym do obłędu!
- No widzisz. Nie jesteś kimś, kto nie ma szans. A Claudine zdaje sobie z tego sprawę - stwierdza James - Tym samym znaczy, że nie uważa cię za kogoś, kogo można sobie zlekceważyć. Czyli, docenia cię, a przynajmniej w pewnym sensie.
Czuję się zaszczycony! Claudine raczy mnie docenić! Mam zamiar się odgryźć, że wcale nie musi mnie doceniać, chyba, że chce skończyć z nożem w plecach, kiedy do przedziału wbiega podniecona Flora. Po raz kolejny mi przerywa.
- Och! - piszczy - To już Kapitol!
sobota, 8 marca 2014
Rozdział 1
Część 1 "Wspomnienia"
- Zgłaszam się! Zgłaszam się na ochotnika!
Po co to zrobiłem? Zastanawiam się teraz nad tym, siedząc na miękkim krześle w luksusowym przedziale kapitolińskiego pociągu. Trzymam w ręce szklankę z sokiem grejpfrutowym, i co jakiś czas biorę łyk do ust. Dlaczego się zgłosiłem?! Ta głupia decyzja najprawdopodobniej zaważyła na moim życiu, w końcu, najprawdopodobniej nie wrócę. Chociaż z drugiej strony... zyskałem. Zyskałem to, co było moim największym pragnieniem życia.
Od dawna podobała mi się Lauretta. Była śliczna, dobra, życzliwa, pomocna... Po prostu, chyba nie miała wad, a przynajmniej tak myślałem, jak byłem mały. Zawsze obserwowałem ją z ukrycia, nie mogłem się nadziwić, że tak dobra osoba żyje w tak złym kraju, jakim jest Panem. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia, jeszcze jako dziesięcioletni dzieciak. Nie wiem, czy wcześniej zdawała sobie sprawę z mojego istnienia, w końcu zawsze, jak pojawiała się w pobliżu dawałem drapaka za najbliższy śmietnik czy drzewo. Pamiętam też doskonale, jak w wieku lat dwunastu Lauretta została przeniesiona do mojej klasy. Kilkanaście dni później nauczyciel przydzielił mi Law jako pomocnika do wykonania jakiegoś projektu. Kiedy więc przyszła do mojej ławki, mówiąc oduchowo: "cześć Jade", spiekłem wielkiego raka i z zaskoczenia upuściłem nóż, którym kroiłem jakieś zielsko, gdyż nauczyciel kazał wcześniej nam spróbować zrobić substancję czegoś tam. Długo pamiętałem to zdarzenie, może też dlatego, że upadający z moich rąk nóż skaleczył mi stopę.
Wreszcie, kiedy byłem wysokim czternastolatkiem odważyłem się podejść do Law z czymś, co brzmiało jak "co robisz, Lauretta" tylko, że jak w wykonaniu myszy. Była tym chyba zdziwiona, bo nigdy się do niej nie odzywałem. Z czasem udało mi się wyrosnąć nieco z tej nieśmiałości wobec Law, a działo się to chyba dzięki jej poznawaniu. W końcu stała się moją koleżanką, a ja wciąż jej nie potrafiłem wyznać swojej miłości, ale i tak byłem szczęśliwy, mogąc spędzać wolny czas z Laurettą. Biegaliśmy razem po drodze, rozmawialiśmy i żartowaliśmy. Nie wiem nawet kiedy staliśmy się przyjaciółmi. Zaznajomiłem się nawet z bratem Law, Billy'm, małym, chuderlawym i wiecznie przestraszonym chłopcem. Lauretta kochała ponad wszystko swojego młodszego o pięć lat braciszka. Sam też go polubiłem.
Kiedy nadchodziły dożynki, życzyliśmy sobie szczęścia, a potem się cieszyliśmy z wolności przez najbliższy rok. Wszystko szło dobrze, aż do naszych szóstych dożynek. Law była w nie szczególnie zdenerwowana. Powodem był Billy, który skończył dwanaście lat i musiał już uczestniczyć w dożynkach.
Bała się bardziej o niego niż o siebie.
Na początku nie było tak źle. Po odczytaniu nudów o zdradzie przez burmistrza, Flora Kaghi, kapitolińska opiekunka trybutów, po pełnym napięcia oczekiwaniu wylosowała Claudine Trix, ładną dziewczynę, piętnastoletnią czy szesnastoletnią, nie wiem. Kiedy jednak drugim trybutem z Szóstego Dystryktu okazał się Bill Jones zaczęło się piekło mojego życia. Płacząca Law podbiegła do Billy'ego i wrzeszczała do Flory Kaghi, że nie pozwoli, aby jej brat szedł na Igrzyska. Chciała się nawet zgłosić, ale było to niemożliwe, bo była dziewczyną. Strażnicy Pokoju zaczęli brutalnie odciągać Law od Bill'a. Lauretta krzyczała, że w nosie ma igrzyska, a ich zasady niech sobie Kapitol wsadzi gdzieś, bo Billy nie pójdzie. Mogą ją zabić, ale jej brata mają nie tknąć. Właśnie to mówiła. Wszyscy się na nią gapili. Ona cierpiała. Wtedy wypowiedziałem te słowa. Słowa mojej śmierci.
- Zgłaszam się na ochotnika
***
Część 2 "Claudine"
Patrzę na podłogę. Znajduje się na niej rozbite szkło poplamione różowoczerwonym sokiem. Musiałem upuścić szklankę. Wzdycham i nachylam się, aby posprzątać kiedy do przedziału wchodzi Flora. Zaraz zaszczebiotała słodziutko, że nie muszę sprzątać, w końcu mam wypoczywać bo jutro będę w Kapitolu, a w pociągu jest obsługa, która się przecież tym zajmuje. Nie miałem siły się z nią spierać. Byłem wyczerpany, chociaż przez ostatnią godzinę tylko siedziałem na krześle. Poszedłem w stronę drzwi, w zamiarze pójścia do swojego pokoju. Kiedy mijałem Florę, zobaczyłem, że jest zadowolona, że się jej słucham. Dała mi nawet na odchdne radę, żebym nie jadł ciastek z kremem pomarańczowym i polewą orzechową, bo zawierają dużo kalorii.
Naprawdę, nie rozumiem Flory. Kto tydzień przed pójściem na irzyska zwraca uwagę na to, ile ciasto ma kalorii, i czy ktokolwiek je ciastka z kremem pomarańczowym i polewą orzechową. To połączenie wydawało mi się takie niezbyt zjadliwe. A może to dlatego, że nie lubię pomarańczopodobnych wyrobów, nie wiem. Możliwe, że gdyby powiedział to ktoś inny, niż kobieta o purpurowych oczach, ustach pomalowanych na srebrno, chodząca w jaskrawej sukience i kosmicznie wysokich, intensywnie czerwonych obcasach, potraktowałbym tą radę bardziej poważnie.
Parsknąłem, kiedy znalazłem się z dala od uszu Flory. Muszę się naprawdę stresować, w końcu kto o zdrowym umyśle analizuje każdą głupotę, którą powie kobieta wyglądająca jak ktoś, kto pomalował się kolorową farbą? Znów zaśmiałem się cicho, kiedy nagle zorientowałem się, że na kogoś wpadłem, a przynajmniej obok kogoś stoję.
- Ej, uważaj! - warknął jakiś głos. - Może byś tak przestał myśleć o niebieskich miagdałach i trochę się rozejrzał?
Czyli musiałem się jednak zderzyć. Przed sobą miałem zirytowane oblicze Claudine Trix, trybutki z mojego dystryktu.
- Przepraszam. - mruknąłem. - Nie musisz się od razu tak wściekać.
Dziewczyna posłała mi znudzone spojrzenie zielonych oczu.
- Nawet nie wiesz, czy się wściekłam. A jak koniecznie chcesz wiedzieć, to się jeszcze nie wściekłam z powodu jakiegoś marzyciela, co na wszystkich wpada.
Ekstra. Czyli dziewczyna, z którą mam mieszkać przez najbliższy tydzień jest denerwująca. Wprost świetnie.
- Nudzisz. Tylko na ciebie wpadłem. - rzuciłem, zamierzając odejść od niej. Niespodziewanie dziewczyna zastąpiła mi drogę, torując swoją osobą całe przejście w wąskim korytarzu pociągu.
- Tak naprawdę, to nawet na mnie nie wpadłeś. Jesteś tak zamyślony, że przyjmiesz do wiadomości wszystko, co ci się powie. - prychnęła Claudine. - Jeśli tak zamierzasz walczyć na igrzyskach, to przegrasz.
- I tak pewnie przegram. - rzuciłem oschle. - Przesuń się.
- Nie.
- Czemu?
- Po prostu, tego nie zrobię.
Zaczynała mi caraz bardziej działać na nerwy. Jakaś młodsza o ponad rok dziewczyna będzie mi się rządzić? No nie, jeśli tak stawia sprawę, to nic innego nie pozostaje mi do wyboru...
- Przesuń się wreszcie, bo... - zawarczałem jak najgroźniej, zaciskając pięści.
- Rany, czy ty myślisz, że się ciebie boję? Starszy i większy nie znaczy silniejszy i mądrzejszy.
- Zamknij się. - wycedziłem cicho przez zęby. Denerwowało mnie to, że dziewczyna zachowuje się wobec mnie lekceważąco. Do tego mnie prowokuje. Niemal równie dobrze mogła krzyczeć: "Przyłóż mi, Jade!". Może nie byłem najsilniejszym chłopakiem w szkole, ale mocny policzek wymierzyć umiałem, a jak się naprawdę wkurzyłem, to potrafiłem wygrać w bójce z rok starszym chłopakiem. Cóż, z zawodowcem na Igrzyskach raczej nie wygram, ale Claudine to nie zawodowiec.
Dziewczyna przygląda mi się kpiąco.
- Potrafisz powiedzieć tylko parę pogróżek, co? Chociaż, nawet nie jesteś mocny w gębie. Dwunastolatka może byś wystraszył, ale nie mnie.
Claudine uśmiechnęła się do mnie złośliwie. Z pogardą.
Tego już było za wiele.
Niewiele myśląc, przywaliłem pięścią w miejsce, gdzie powinna znaleźć się szczęka dziewczyny. A raczej, gdzie znajdowała się przed chwilą. Rozległo się głośne chrupnięcie, a po nim cichy okrzyk bólu i zaskoczenia.
Z niedowierzaniem gapiłem się na swoją rękę. Była ona zakrwawiona, do tego w głębi ran znajdowały się okruszki szkła. Ręka mnie piekła i szczypała. Claudine wpatrywała się we mnie, tarzając się ze śmiechu po podłodze.
Dopiero zdałem sobie sprawę z tego, że dziewczyna uniknęła ciosu, schylając się w dół. Na moje nieszczęście, trafiłem w małe, szaklane okienko, którego wcześniej nie zauważyłem, bo zasłaniała mi je głowa dziewczyny, do czasu, w którym zrobiła unik. Niechętnie musiałem przyjąć do wiadomości to, że okrzyk, który usłyszałem, należał do mnie.
Claudine raczyła przestać się śmiać. Wstała, znów zastawiając przejście. Uśmiech na jej twarzy był tym razem łobuzerski, pełen rozbawienia.
- Co cię tak śmieszy?! - warknąłem głośno - Przez ciebie mam rękę w beznadziejnym stanie!
Zrobiła niewinną minkę
- Nie kazałam ci próbować walnąć mnie w szczękę.
- Spadaj! I suń się wreszcie!
- A co jeśli odmówię?
Ogarnęło mnie zmęczenie. Kłócenie się z nią dłużej było co raz bardziej bezsensowne.
- W co ty grasz, do cholery? - zapytałem zrezygnowany.
- Wreszcie rozsądne pytanie.- uśmiechnęła się tajemniczo.
- C-co?
- Chociaż odpowiedź na nie jest bardzo prosta.
Zaciekawiła mnie.
- Tak, a jaka?
Claudine prychnęła.
- Czyż to nie oczywiste?! Zamierzam wygrać! Przeżyć!
Zamurowało mnie.
No, to walnęła prosto z mostu. Odpowiedź była tak prosta, że przez to trudna. A ja na to nie wpadłem. Żałosne.
Kiwnęła głową.
- Ta, zaskoczony. Prosto cię wkurzyć, do tego jesteś zamyślony, kiedy myślisz, nie zwracasz na nic, Flora Kaghi mogłaby ci przefarbować włosy na zielono, a byś nawet nie zauważył. Umiesz trochę pogrozić, ale brak ci celności, nie trudno cię wykiwać. Jednak silny jesteś. Jeśli odnosisz porażkę szybko się zniechęcasz. Raczej niezbyt groźny.
Szlag, ona to wszystko zaplanowała?! Żeby zebrać o mnie informacje?! I to do tego już pierwszego dnia!
- Ty... Jesteś przegięciem!
Czy zamierzała tak robić z każdym trybutem? Niewykluczone, a raczej całkiem prawdopodobne. Ta technika pasowałaby idealnie do Claudine. Jest przebieglejsza niż kto kolwiek kogo znam.
- Miło mi to słyszeć.
- No dobra, to przesuniesz się wreszcie? Muszę znaleźć jakiś bandaż i coś do usunięcia tego... przeklętego... szkła. - ostatnie słowa niemalże wysyczałem, ponieważ moja ręka dawała o sobie znać, szczypiąc w skaleczonych miejscach.
Claudine przestała się uśmiechać. Najwyraźniej nastąpił koniec znęcania się nade mną.
- Ach, no tak, jasne. - wyglądała jakby zapomniała o mojej zakrwawionej ręce. - Dobra, pomogę ci nawet poszukać bandaża.
Co za dobroduszność! Nie wiem, czy mam się cieszyć z tego faktu. W końcu może próbować dowiedzieć się więcej na mój temat, a może nawet będzie chciała ze mnie wyciągnąć mój pomysł zgłoszenia się. Wiedziałem na pewno, że będę musiał na nią uważać. Claudine Trix jest niebezpieczna, do tego jestem pewien, że będzie chciała zwyciężyć za wszelką cenę, nie podda się bez walki...
Słyszę głośny wrzask Flory Kaghi. Czyli jednak coś może wyrwać mnie z myślenia.
- Jade! Coś ty sobie zrobił z ręką? To okropne! Jak będziesz mógł się jutro zaprezentować wieczorem na paradzie trybutów?! Nikt nie będzie chciał was sponsorować!
Flora czym prędzej do mnie podbiegła.
- Gdzie jest pielęgniarka?! - woła zrozpaczona.
Westchnąłem.
Najwyraźniej ten dzień nie dał mi jeszcze wystarczająco w kość.
______________________________________________________________________
Proszę o komentarze, dużo dla mnie znaczą.
Przedrozdział
Siedemnastoletni Jade McKommey zgłasza się Głodowe Igrzyska za młodszego brata swojej przyjaciółki, w której zakochał się jeszcze jak był mały. Kiedy dziewczyna przychodzi się z nim pożegnać, Jade wyznaje jej swoje dotąd skrywane uczucia. Niestety, chłopak nie zdąża usłyszeć odpowiedzi. Jade chce wygrać igrzyska, aby poznać odpowiedź dziewczyny, ale jego szanse na zwycięstwo są niewielkie. Na jego drodze staje wiele trudnych przeciwników. Jednym z nich jest Claudine Trix, niezwykle przebiegła dziewczyna z jego dystryktu, która nie zawaha się przed niczym, aby wrócić do domu...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)