Rozdział 2
Leżę w łóżku w moim przedziale, bezskutecznie próbując zasnąć. Na szczęście, moja ręka już mnie nie boli. Flora Kaghi zaprowadziła mnie do pielęgniarki, która szybko opatrzyła mi dłoń i usunęła z niej kawałki szkła. Do tego spryskała rany nieznanym mi płynem ze szklanej butelki, który sprawił, że całe pieczenie wyparowało. Zapewne jakiś kapitoliński lek.
Delikatnie ruszam ręką, po czym lekko się krzywię. Skaleczenia zagoją się jutro wieczorem, nie przyśpieszę tego, choć lek z butelki na pewno już to zrobił. Bez niego musiałbym czekać przynajmniej dwa razy dłużej.
Wzdycham. Nienawidzę bezsennych nocy. Do tego Claudine Trix ma lepszy start niż ja. Kiedy ja byłem u pielęgniarki, ona poznawała mentorów przy kolacji, mogąc im mówić co chce. Teraz będą pewnie chcieli pomóc jej, a nie mi.
Wczoraj skłamałem Claudine. Wcale nie zamierzałem przegrać. Chciałem przeżyć i wrócić do domu, do mojej rodziny. Do Law.
Rodzice...
Teraz wydają mi się tak odlegli. Przyszli się ze mną pożegnać, prosili, bym postarał się wrócić. Tak, kocham moich rodziców, ale spędzaliśmy ze sobą mało czasu, bo niemal przez cały dzień są w pracy, jak większość dorosłych w Szóstce.
A Lauretta... Chciałbym wiedzieć, co o mnie myśli. W końcu wie, co do niej czuję...
Tak, wreszcie to zrobiłem. Odważyłem się jej to powiedzieć, kiedy przyszła się ze mną pożegnać. W głowie szumią mi jej słowa. Nigdy nie zdołam ci spłacić tego długu. Właśnie po nich powiedziałem jej, że ją kocham. Była zaskoczona.
Wtedy wparował do pokoju ten przeklęty strażnik, marudząc, że czas już upłynął. Wyprowadził Law siłą. Nie zdążyła mi odpowiedzieć.
***
Z niespokojnego snu budzi mnie radosny okrzyk Flory oznajmiającej kolejny bardzo wyjątkowy dzień na cały pociąg. Staczam się z łóżka i idę wziąć prysznic. W domu mamy tylko niedużą wannę, za to ten prysznic jest wyposażony w tablicę z setką przycisków. Mam do wyboru niewiarygodną ilość mydeł, szamponów i gąbek chyba każdego możliwego rodzaju.
Idę na śniadanie dopiero po długim czasie, gdyż długo nie mogłem się zdecydować które luksusy kapitolińskich prysznicy mam wybrać. Przychodzę do stołu ostatni. Dostrzegam trajkotającą Florę, Claudine oraz nieznanych mi kobietę i mężczyznę. Zapewne są oni naszymi mentorami.
Kobieta o pustym spojrzeniu ma matowe blond w wielkim nieładzie. Jest strasznie chuda, cała się trzęsie. Pewnie jest po czterdziestce. Zauważam w jej drżącej ręce przezroczyste kapsułki. Morfalina. W Szóstce zawsze jest jej pod dostatkiem, ale jest strasznie droga. Blondynka z trudem wsuwa narkotyk do ust.
Odwracam od niej wzrok. Dlaczego akurat nasza mentorka musi być narkomnaką?! Spoglądam z nadzieją na mężczyznę. Może on przynajmniej ma kontakt z rzeczywistością. Nim zdążam się mu dokładniej przyjrzeć, przerywa mi podniecony pisk Flory.
- Ach, Jade, a to są tegoroczni mentorzy! Veelya Creetcke - wskazuje na kobietę - oraz James Thovaim. Szkoda, że nie było cię na kolacji! Mógłbyś wtedy ich lepiej poznać!
Po prostu świetnie. Claudine przez całą wczorajszą kolację mogła ich przekonać, aby to jej pomagali, a nie mi. A przynajmniej bardziej pomagali, niż mi.
Wreszcie udaje mi się spojrzeć na Jamesa. Jest całkiem młody, jak na mentora, ponieważ wygląda mi na jakieś dwadzieści pięć lat. Ma lekko opaloną cerę i krótkie, ciemne włosy. Jego ramiona są umięśnione, a usta wykrzywione w lekko kpiącym uśmiechu, podobnym do tego, Claudine. Zapewne jest tak samo wkurzający jak ona.
Kiedy kończymy jeść śniadanie Flora od razu idzie do innego przedziału, zapewne zrobić sobie makijaż. Veelya również opuszcza stół. Zostaliśmy tylko ja, Claudine i James. Niezręczną ciszę przerywa James.
- Claudine, wczoraj jak oglądaliśmy pozostałe dożynki po kolacji zauważyłaś paru interesujących trybutów. Chyba możemu powiedzieć twojemu koledze - zaśmiał się lekko - o nich.
Claudine przytakuje. Cóż, na razie przydałoby się w miarę wspólnie zebrać informacje o poazostałych zawodnikach.
James podchodzi do telewizora i puszcza powtórkę wczorajszych dożynek. Staram się uważnie przypatrywać każdemu z zawodników.
Tegoroczni zawodowcy prezentują się naprawdę groźnie. Chłopak i dziewczyna z Pierwszego Dystryktu wyglądają na siedemnastolatków, oboje są wysocy, mają przebiegłe miny na twarzach. Trybuci z Dwójki - blondwłosa szesnastolatka z piegami na policzkach i zimnych, szarych oczach oraz wielki umięśniony chłopak z ciemnobrązowymi włosami. Para z Czwórki jest nieco do siebie podobna, ale nie jest to rodzeństwo.
Reprezentanci Trzeciego Dystryktu są niezbyt godni większej uwagi. Typowa dwójka przerażonych dzieciaków. Trybuci z Piątki prezentują się niewiele lepiej, chociaż dziewczyna postanawia widocznie wziąć się w garść. Zawodnicy z Siódemki się nie wyróżniają, ale nie zdziwiłbym się, gdyby któreś z nich okazało się trudnym przeciwnikiem. Za to dziewczyna z Ósemki zaczęła płakać, kiedy ją wylosowali. Uczestnicy z Dziewiątki wyglądają na twardych i zdecydowanych. Chłopak z Dziesiątego Dystryktu stara się zachować kamienną twarz, ale niezbyt mu to wychodzi. Podobnie jak mała dwunastolatka z Dziesiątki, starająca się dzielnie nie szlochać. Niestety, dziewczynka nie potrafi ukryć wielkiego smutku na swojej twarzy. Trybuci z Jedenastki i Dwunastki wyglądają na słabych i wygłodzonych, przez co mam niemal pewność, że zginą na początku.
- No, to wszyscy wasi przeciwnicy. - mówi James - A teraz powiedzcie mi, którzy z nich, nie licząc zawodowców, wyglądają na mocnych zawodników?
- Trybuci z Dziewiątki - odpowiadam od razu.
- Tak, racja. Niemal na każdych Igrzyskach trafiają się jacyś twardziele. - mentor wskazuje wzrokiem Claudine.
- Dziewczyna z Siódemki, chłopak z Ósemki. - odzywa się Claudine.
Gapię się na Claudine. Trybuci, których wymieniła nie wyróżnili się podczas dożynek. Czyżby umiała poznać ludzi swojego typu, bez większej wiedzy o nich?
- Słusznie. - przyznaje James - A teraz pomyślcie. Jeśli chcecie przeżyć, to co należy zrobić z takimi osobnikami? Chyba macie tyle oleju w głowie, aby nie liczyć, że każdego zabiją zawodowcy? Często tacy zawodnicy okazują się silniejszy niż niejeden z nich.
To, co nam mówi, jest niby oczywiste, a jednocześnie ma w sobie coś takiego, co sprawia, jakby nam to dopiero uświadomił.
- Jak pewnie się domyślacie - ciągnął James - należy ich jak najszybciej wyeliminować, zwiewać przed nimi, albo zawrzeć sojusz. Zwiewać przed kimś? Żałosne. To Głodowe Igrzyska. Nie da się wiecznie uciekać. Musicie naprawdę szczerze ocenić swoje siły. Jeśli nie jesteście pewni, czy dalibyście sobie radę z takim zawodnikiem, lepiej nie ryzykować. Trzeba pamiętać, że on może mieć swoich sojuszników, albo przygotowaną pułapkę. Gdyby któreś z was próbowało takiego mimo wszystko zabić, to musicie swój atak poprzedzić szpiegowaniem tej osoby. Dajmy na to, że któreś z was pokonałoby dziewczynę z Dziewiątki, ale nawet w kwestii wygranej to raczej niemożliwe, aby nie otrzymać poważnej rany podczas takiego pojedynku. Wtedy może was wykończyć sojusznik waszego wroga. A, Claudine, podziwiam twoją cierpliwość. W końcu musiałaś już wczoraj słuchać mojego monologu.
- Nie będę przed tobą ukrywać, James. Jak dla mnie możesz sobie ględzić do woli, byleby to przyniosło skutek. - dziewczyna uśmiecha się do niego bezczelnie, a ten unosi kciuk do góry i kiwa z zadowoleniem głową. Później jego wzrok wędruje w moją stronę.
- Widzisz, Jade. Dowiedziałem się wczoraj nieco o twojej koleżance. I widzę, że ma szanse na wygraną. Powiedziała mi też trochę o tobie.
Spuszczam wzrok na podłogę, lekko zawstydzony, mamrocząc, że to nie jego sprawa. James wzdycha.
- Widzisz, jedną z cech możliwości wygrania Claudine jest zaufanie wobec mentora. Tobie, jak widać, takiego brak.
- Nie zapytałeś mnie o nic, prócz tego, co sądzę o trybutach. - mówię nieco zirytowany.
- Dlaczego miałbym się ciebie o wszystko pytać, skoro rozmowa z tobą nie jest ciekawa. - odparowuje James - Ani przyjemna.
Przeklęta Claudine. Przeklęty James. Przeklęte dożynki. Jak mam wrócić do domu, skoro większość moich rywali jest silna, trybutka z mojego własnego dystryktu traktuje mnie jak śmiecia i jest do tego chytra, a mój mentor jest trochę do niej podobny i zdecydowanie to jej będzie bardziej skory do pomocy.
- Z drugiej strony - ciągnie James - gdybyś nie miał jakiej kolwiek szansy na zwycięstwo nie mówiłbym ci choćby tego, jak nie reagować na przeciwników. Masz odpowiednią ilość lat, siły i jak się domyślam, nieco zdolności, aby zwycięstwo było w twoim zasięgu. Jednak twoje wady odsuwają je. Impulsywność, brak celności, szybka możliwość poddania się, a przede wszystkim przewidywalność. Nikomu nie musisz mówić, dlaczego zgłosiłeś się na Igrzyska. To prawie oczywiste.
Nie wiem co sądzić o tej gadce. Claudine spogląda na mnie z wyższością. Już dawno mnie rozszyfrowała. A ja głupi myślałem, że chce zdobyć informacje na temat mojego zgłoszenia. Chciałem, a nawet myślałem, że będzie się mnie chociaż obawiać z tego powodu.
- Och, daj spokój. - mówi nagle do mnie. - Nie mogę uwierzyć, że choć przez chwilę myślałeś, że inni mogą się nabrać jaki z ciebie przeciwnik. - mruży oczy - Wystarczy tylko obejrzeć nagranie z dożynek.
Posyłam jej wyzywające spojrzenie. Niech sobie mówi co chce. Nie jestem słaby i przewidywalny.
Dziewczyna prycha.
- Dobra, może wytłumaczę ci to powoli. Kiedy został wylosowany ten dzieciak, ta dziewczyna od razu podbiegła, aby nawrzeszczeć na Florę. Działała pod wpływem impulsu. Gdybyś chciał się zgłosić, ponieważ byłbyś taki świetny, to byś to zrobił najprawdopodobniej przed wylosowaniem chłopca. Nie zgłosiłeś się również dla niego. Nie jesteś z nim nijak spokrewniony, widać to po twoim wyglądzie i zachowaniu w tamtej chwili. Gdybyś był bratem malucha, to byś podbiegł do niego razem z dziewczyną, która zdecydowanie jest z nim blisko spokrewniona. Z tego wynika, że zgłosiłeś się ze względu na dziewczynę. Wtedy, kiedy była na krawędzi rozpaczy. Przyjaciółka? Dziewczyna? Jest kimś dla ciebie ważnym, skoro nie chciałeś widzieć jej cierpienia do tego stopnia, że zgłosiłeś się na prawdopodobną śmierć.
Po raz kolejny muszę przyznać, że jest sprytna. A może każdy to widział? Czyżbym był aż tak przewidywalny?
- Widzisz - odzywa się James - Twoja koleżanka bardzo dobrze to ujęła. Musisz jednak zwrócić na coś uwagę. A raczej zadać sobie pytanie, dlaczego, jeśli byłbyś zerowym przeciwniiem, ktoś zawraca sobie tobą głowę.
Posyła Claudine lekko złośliwy uśmieszek. Dlaczego oni ciągle muszą się tak uśmiechać?! Doprowadzą mnie tym do obłędu!
- No widzisz. Nie jesteś kimś, kto nie ma szans. A Claudine zdaje sobie z tego sprawę - stwierdza James - Tym samym znaczy, że nie uważa cię za kogoś, kogo można sobie zlekceważyć. Czyli, docenia cię, a przynajmniej w pewnym sensie.
Czuję się zaszczycony! Claudine raczy mnie docenić! Mam zamiar się odgryźć, że wcale nie musi mnie doceniać, chyba, że chce skończyć z nożem w plecach, kiedy do przedziału wbiega podniecona Flora. Po raz kolejny mi przerywa.
- Och! - piszczy - To już Kapitol!
Genialne !!!! Czekam na więcej :D
OdpowiedzUsuńSuper rozdział, zaczełam czytać i pozostane ci wierna!
OdpowiedzUsuńZapraszam do mnie, dopiero zaczynam:
Halcyon Laxton, dziewczyna z dystryktu dziewiatego przez całe dzieciństwo była bita przez ojca, który zabił również jej brata. Przez tego pijaka oszalała jej matka- Maia. Halcyon pracuje jako łowca, praczka i handlarz, żeby wyżywić rodzinę, w tym paskudnego ojca, którego się boi. Jedyna rzeczą, której bardziej nienawidzi niż ojca jest jej życie. Postanawia popełnić samobójstwo, ale nie na marne. Śmiercią chce zademonstrować sprzeciw wobec, potwornych działań Capitolu- Głodowych Igrzysk.
http://iskrypozogifanfictionigrzyskasmierci.blogspot.com/